poniedziałek, 19 kwietnia 2010
what a mess...
Wybuch wulkanu na południu Islandii w rejonie lodowca Eyjafjallajokull... Jeszcze wierze, że uda mi się polecieć w ten piątek, ale szanse maleją...i nawet gdyby przywrócili lotniska "do życia" to pewnie i tak priorytet będą miały loty trans-atlantyckie :( A czekać kilka-kilkanaście godzin, żeby wracać w poniedziałek rano...? What a F*****G mess...
sobota, 17 kwietnia 2010
Załącznik do poprzedniego postu...
Nie wiem czemu nie chciało mi się podczepić zdjęcie indyka, którego spałaszowaliśmy w Swięto Dziękczynienia...może teraz pójdzie...
Święto Dziękczynienia
Tyle indyka chyba jeszcze nigdy w siebie nie wepchnęłam :)Miałam aż dwa dni z Thanksgiving Day (pol. Świętem Dziękczynienia) w zeszłym roku w odstępie dwóch dni...Święto Dziękczynienia to coroczne święto obchodzone w Stanach
Zjednoczonych w ostatni czwartek listopada.Większość ludzi obchodzi
Święto Dziękczynienia w gronie rodziny lub przyjaciół na świątecznej
uczcie.Zgodnie z tradycja pierwsze święto dziękczynienia w Ameryce
obchodzone było w 1621 przez angielskich pielgrzymów.Pielgrzymi
zaznaczyli tę okazję ucztowaniem z rdzennymi Amerykańskimi Indianami,
goście przynieśli prezenty na gest przyjaźni. Dużo z tych rzeczy które
kojarzymy ze Świętem Dziękczynienia pochodzi ze znacznie starszych
tradycji celebrowania zbiorów jesiennych. Symbole i zwyczaje charakterystyczne dla dnia Święta
Dziękczynienia dzisiaj pochodzi ze starożytnego festiwalu zbiorów.
Zgodnie z trzymaniem się pomysłu celebrowania pełnych zbiorów,
przygotowanie i jedzenie dużego posiłku jest najważniejszą częścią
celebrowania Święta Dziękczynienia.Posiłek obejmuje indyka ,tłuczone
ziemniaki, słodkie ziemniaki, ciasto z dyni. (źródło: http://pl.shvoong.com/)
Indyki są olbrzymie -ważą nawet do kilkunastu kilogramów - moja koleżanka obawiała się czy nie przesadziła i czy ptak zmieści jej sie w piekarniku ( a w Stanach maja piekarniki dwa razy takie w Polsce-nie przesadzam...). Dało radę go wcisnąć...piekł sie jakies 6 czy 7 godzin! Ptak musi być pieczony w całości i wypełniony przepysznym farszem (mniam) zrobionym chyba z chleba, cebuli, mnóstwa różnych przypraw - nie pamiętam dobrze co tam było, ale mniejsza o to - najważniejsze, że smakowało wyśmienicie :) Ja przygotowałam sałatkę warstwową z tuńczyka, która również wyszła super! To Święto sprowadza się w zasadzie to bardzo miłego, trwającego do późnych godzin nocnych biesiadowania zakrapianego różnego rodzaju alkoholem (my np. zapijaliśmy się Białym Rosjaninem-juz po indyku oczywiście, bo to niezwykle słodki drink :-).
piątek, 16 kwietnia 2010
Feralna podróż
W połowie października rozpoczynał się kolejny staż w USA...już od podróży na lotnisko ten pobyt obfitował w nieszczęścia, które chodziły nie parami, ale czwórkami wg.moich odczuć...
Relacja z 15.10.2009, którą napisałam już w Stanach, ale nigdy nie doczekała się opublikowania...
Doleciałam... Podsumowując : - jeden samochód skasowany w drodze na lotnisko, - jeden lot opóźniony o 1,5 h, co poskutkowało 12 godzinnym całkowitym opóźnieniem tej feralnej podróży, - jeden zgubiony bagaż, Zacznijmy od początku... Kolega zaoferował, że podwiezie mnie na lotnisko. 5 minut po wyjeździe z domu zaliczyliśmy kontakt bliskiego stopnia ze śmieciarką, co poskutkowało niesprawnymi hamulcami i dalszym zacieśnianiem stosunków ze śmieciarką (tym razem z jej tyłem-naszym frontem niestety...). Auta raczej nie da się uratować (update: będzie niedługo klepany, wiec nie jest tak najgorzej) - nam, o dziwo, nic się nie stało. Szczęście w nieszczęściu, że tuż za rogiem był przystanek taksówek. Dotarłam więc na czas na lotnisko - lekko oszołomiona, jako że była to moja pierwsza samochodowa stłuczka w życiu, ale pełna nadziei, że limit nieszczęśiwych wypadków na dziś został wyczerpany...och, ach, och...jakże wielce się rozczarowałam, gdy okazało się, że mój lot do Monachium jest opóźniony o 15 min...30min..."informacje podamy za 30 min"...1,5 godziny! W Monachium miałam tylko godzinę na przesiadkę, także startując z Gdańska widziałam już, że nie zdążę na lot do USA. I faktycznie...jak lądowałam, widziałam samolot startujący do Charlotte...
Kolejny przystanek - biuro informacji Lufthansy i dwa (jeden-lepszy-od-drugiego) warianty dalszego lotu: a) czekam cały dzień (a była 11 rano) i noc w Monachium na lot następnego dnia do Frankfurtu i dalej do USA .... (Ohh yeah...) b)lecę za dwie godziny do USA - tylko nie do Charlotte, ale do Waszyngtonu -> Atlanty -> i w końcu Jackson Wybrałam wariant b) ...Lot jak lot, te 11 godzin dość szybko minęło bo miałam sympatyczne towarzystwo w osobie Roberto (Włoch z Kalabrii) oraz Włoszki z małą córcią - także czas minął na żartach i śmiechach... Po dotarciu do Waszyngtonu i przejściu wszystkich kontroli biletowo-bagażowych poleciałam do Atlanty, gdzie wylądowałam o 12:30 w nocy. W Monachium powiedzieli, że oczywiście zapewnią mi tu nocleg (kolejny lot do Atlanty miałam o 08:10 rano), tyle tylko, że o tak późnej porze nikt z serwisu Lufthansy nie pracuje...Musiałam więc sama załatwić hotel, co po 26h podróży nie jest wcale tak prostą sprawą ...moja zdolność kojarzenia spadła znacząco poniżej średniej, ale suma-sumarum udało mi się to przedsięwzięcie i juz po pół godzinie byłam w hotelu :) Oczywiście po tych wszystkich "atrakcjach" ciężko było mi zasnąć bo obawiałam się, że jak już zasnę to obudzę się nastepnego dnia wieczorem, także nastawiłam budzik, telewizor, radio, komórkę i jeszcze poprosiłam recepcję o pobudke :) Jak sie okazało, niczego nie potrzebowałam bo budziłam się co godzinę nerwowo sprawdzając czas. Wstałam o 5 rano, a o 6:30 byłam na lotnisku. I znowu kolejki...kolejki...Pragnę tu zaznaczyć, że w USA samoloty są tak powszechne jak autobusy - z powodu olbrzymich odległości większość ludzi wybiera drogę powietrzną, a nie naziemną, także ilość lokalesów na lotniskach jest powalająca. Ledo zdążyłam na mój ostatni lot...jak doszłam do bramki, ostatnie osoby wchodziły na pokład. No i DOLECIAŁAM do Jackson...po to by się dowiedzieć, że zgubili mój bagaż! :-((( Łącznie...grubo ponad 40 godzin w podróży, ale (OŁ JE) dotarłam do celu!
20.11.2009
Po wyjeździe do Frankfurtu nastało kilka miesięcy, które najchętniej wymazałabym z pamięci...bardzo ciężka choroba Ukochanej Babci, która odeszła od Nas 20.11.2009...
środa, 14 kwietnia 2010
Back to life...
Koleżanka wstrzymała się niestety z prowadzeniem bloga...ja postanowiłam się uaktywnić...(żebyć miała co czytać I. ;-)) Siedząc wieczorem, przeglądając stare wpisy ze zdziwieniem stwierdziłam, że mam niezwykle ulotną pamięć...części zdarzeń tutaj opisanych zupełnie nie pamiętałam. Celowym zatem wydaje się transformacja swoich myśli/wspomnień na słowo pisane, tak aby przetrwały dłużej niż kilka dni/miesięcy...
czwartek, 16 lipca 2009
Pokonferencyjnie...
No i tak o. Byłam. Zobaczyłam. Zaliczyłam. Applewina wypiłam. Tym razem obeszło się bez zapalenia nagłośni tudzież innych chorób i caluteńkie 6 dni bawiłam się we Frankfurcie - bez konieczności odstawienia alko czy też (co gorsza) przymusu nic-niemówienia. Miasto bardzo amerykańskie - mix nowoczesnych wieżowców i pieknej starej architekturury ( o to drugie raczej ciężko w USA, ale jakieś tam namiastki posiadają). Lokalnym przysmakiem, oprócz sławnych w całych Niemczech, pysznych kiełbasek "wurst", było wino z jabłek - takie świeże, lekko gazowane, z posmakiem fermentu - idelanie gaszące pragnienie w 33 stopniowym upale :)) Podusmowując: miasto na duży plus - ludzie niestety na minus (mam tu na myśli rdzennych Niemców-za grosz poczucia humoru i niestety brak uprzejmości i taktu np. u kelnerów, no ale nie można mieć wszystkiego). I jeszcze kilka foteczek... Nad Menem...  Marzenie każdego faceta...drink and drive :)  Opera  Zachód słońca nad Frankfurtem...  Niezapomniany widok z 54-tego piętra wieżowca...  Willy-Brandt Place  Maki w centrum Frankfurtu  Ta Leica ze złotym obiektywem kosztowała bagatela 10 000 euro...idealny prezent na Gwiazdke Iwonka ;) Mąż na pewno by sie ucieszył-a Ty tak go lubisz uszcześliwiać :)))
poniedziałek, 29 czerwca 2009
Ponowna próba...
No cóż..nie napisze juz na pewno po co sie na konferencje wyjeżdza bo ostatnim razem wszystko poszlo na opak:/ Także ten tego...no... szukajcie mnie przez kolejny tydzień we Frankfurcie :)
AGA TRZYMAM MOCNO KCIUKI !!! DO ZOBACZENIA JUZ NIEDLUGO W SZCZECINIE PANI DR. :))
piątek, 19 czerwca 2009
Niemoc mówienia...
Nie ma to jak pojechać na konferencję z prezentacją i w pierwszy dzień dostać zapalenia nagłośni, nie? Słowa wyszeptać nie mogłam, alkoholu za free pić nie mogłam (antybiotyki), prezentować nie mogłam, porażka na całej linii... Chociaż trochę pozwiedzałam (całe szczęście gorączka się nie przypętała) i powdychałam górskiego powietrza:) Szklarska Poręba mnie rozczarowała (jako miasteczko) - nic tam praktycznie nie ma - fajna baza do wypadów na narty czy wędrówki górskie, ale poza tym...jedna główna ulica i nawet apteki dyżurnej w niedzielę brak :/ Wjazd na Szrenicę - najwyższy szczyt Karkonoszy... Wodospad Kamieńczyk
piątek, 05 czerwca 2009
Wsiąść do pociągu byle pospiesznego:)
Dziecko kolei (jak to Mój Rodziciel mawia) znów wsiada w pociąg i tym razem wybywa na południe Polski..Wrocław i Szklarska Poręba:)) Niby konferencja...ale wiadomo po co sie na konferencje jeżdzi :DD No to Wasz zdrowie!
piątek, 29 maja 2009
Chili w trzewiach...
Naszła mnie wczoraj nieodparta ochota na kuchnie indyjska. Postanowiłam zatem upichcić curry z cukinii. Przyznam się, że nigdy jeszcze nie używałam w kuchni małych czerwonych papryczek-wybierałam zawsze opcje pieprz cayenee czy inne proszki. Tym razem nie poszłam na łatwiznę i zaopatrzyłam się w 4-ery piękne, czerwone papryczki:) W zasadzie nie posiadały nawet w nazwie słowa chili, ale ponieważ wyglądały tak oto:  wydawało mi się, ze powinna być ostra...przed smażeniem odkroiłam testowy kawałek-ale ku mojemu rozczarowaniu, okazała się być słodka:/ Postanowiałam zatem wrzucić wszystkie 4-ery (pokrojone) na patelenke... Gdy obróbka termiczna dobiegła końca i zabrałam się za konsumpcje...oł dżizas! Mysłałam, że żołądek mi przeżre na wylot...i chociaż wiem, ze pH soków trawiennych wynosi tam 2-3 to i tak zaczęłam się zastanawiać, czy aby mój organizm da sobie radę z tym ogniem! Wypiłam chyba 3 szklanki wody - nie powiem, aby cokolwiek pomogło... Ogólnie porażka...szkoda, ze wcześniej nie poczytałam cokolwiek na necie na temat uwalniania aromatu z papryczek chili podczas smażenia...://
poniedziałek, 27 kwietnia 2009
Mini mouse
Naprawdę nie wiem skąd bierze się cała ta panika w momencie gdy kobieta widzi mysz? W zasadzie mysz jest w jednej linii z chomikiem, którego większość kobiet toleruje, a jedyna różnica sprowadza się do odmiennego rozmiaru ogona, który u Mini się wydłużył (może to taka wersja Pinokia dla gryzoni?;). Moja druga połowa robiąc porządki w ogródku natknęła się na taką właśnie mieszkankę pól i przydomowych ogródków...i powiedzcie, jak można się bać takiej oto słodziary?
poniedziałek, 20 kwietnia 2009
Ptasie opowieści c.d...
Pozostając w ptasiej tematyce... Wracam dzisiaj z wykładu, siadam za biurkiem i co widze....ptasie gów** :D na MOIM biurku! Pojecia nie mam skad sie tam znalazło, przeszukalam caly pokój-wszytkie 12-cie stanowisk z komputerami, ale sprawcy nie znalazłam. I tak mi sie właśnie przypomniało, ze dzisiaj rano dybało takich dwóch pidzinów (gołębi:polish version) i przygladało mi się z dachu budynku... No i teraz prosze ja Was o interepretacje ptasiegu guam na pracowym biurku...:) Bo ja słyszałam, że to szczęście przynosi :)
czwartek, 09 kwietnia 2009
I Fruuuuuuuuu.....:)
No to lece...jutro o świcie, znaczy sie dla mnie to prawie noc głęboka...bo mówimy o 6-tej rano, no ale czego sie nie robi dla miłości (no właśnie-czego się nie robi???;)) Lot - lotem bo jak już się doturlam do lotniska to po problemie, ale jakże ciżżko będzie wstać o 3ciej rano..uuu...pewnie nawet się nie wyśpię bo jak zając będę czuwać żeby nie zaspać:/ szkoda, ze posiadam tylko jeden budzik..myślę, że przydałoby się kilka dodatkowych:) 3-y miesiące się nie widzieliśmy...ale będzie radocha:)) Korzystając z okazji, pragnę złożyć wszystkim najlepsze życzenia z okazji Świąt Wielkanocnych...nie objadajcie się za bardzo, bo to w końcu wiosna i trzeba trzymać linie, no i mokrego Dyngusa...ja pójdę na całość i wiadro wody na ukochanego wyleje:) Ciekawe czy nadal będzie się tak zachwycał polską kulturą po tym "zamachu" ?
wtorek, 07 kwietnia 2009
Podłogi vs. okna
Nie ma to jak dobry pocztąek tygodnia, prawda? No, ja wczoraj po powrocie z domku z ambitnym planem umycia okien (w duchu wiosennym) zostałam zbita z pantałyku obrazem bajora w kuchni...podłoga, stół, wszystko zalane:/ I tak zamiast okien mialam godzinne osuszanie podłogi...
|
|